czwartek, 31 lipca 2008
środa, 30 lipca 2008
Miasto u podnóża gór.
Las Cruces poniosło wiele szkód ze strony bandy O'Donnella, który traktował miasto jak spiżarnię, sypialnię, dostawcę wszelkich usług i rąk do pracy oraz harem. Starsi mieszkańcy do dziś czują strach słysząc zbliżającą się dużą grupę jeźdźców.Miasto dość poważnie ucierpiało podczas rozprawy z bandą O'Donnella. Kilka ważnych budynków spłonęło, na cmentarzu pojawiło się wiele nowych nagrobków. Szkody materialne zostały szybko zrekompensowane - każdy zabity lub pojmany szeregowy złonek bandy wart był ponad sto dolarów. Kurs znaczniejszych osobistości był jeszcze wyższy. Pieniędzy na odbudowę zatem nie zabrakło. Dziś Las Cruces jest szybko rozwijającym się miejscem - zwłaszcza od kiedy w pobliskich górach odnaleziono złoto, a Bayou Vermillion zdecydowało się doprowadzić tam nitkę torów.

Spośród przywódców buntu mieszczan wywodzą się dzisiejsze najznamienitsze osobistości Las Cruces, prawdziwe filary tej społeczności. Burmistrz, szeryf, właściciel dwóch saloonów, kilku bogatych ranczerów - to oni stali za zrywem mieszkańców Las Cruces, a dziś cieszą się powszechnym szacunkiem. Szczególną uwagę zwraca na siebie szeryf Morgan, który wraz z kilkoma pomocnikami, jest w stanie utrzymać pokój w mieście nawet w najtrudniejszych sytuacjach. Chociaż wiele lat dostaku sprawiło, że Morgan nie jest już najlepszym biegaczem, to jego siła, refleks i celność do dziś budzą podziw. Morgan ma jedną słabość - podczas rządów O'Donnella został postrzelony przez jednego z jego zbirów. Bandyta uszedł z życiem podczas zrywu mieszkańców miasta i słuch po nim zaginął. Mimo to szeryf do dziś pała żądzą zemsty - mieszkańcy mówią o tym z rozbawieniem, gdyż szanse na spotkanie szeryfa i przestępcy są niemal żadne. Mieszkańcy mogą żartować, nie wiedzą bowiem, że znienawidzony przez Morgana człowiek dwa dni temu nabył bilet kolejowy Austin do Las Cruces.
Sanchez
Spośród wszystkich niedobitków bandy O'Donnella jedynie Sanchez Ernesto Benedicto del Prado zrobił karierę na ścieżce zbrodni. Poszukiwany obecnie na terenie 4 stanów (Arizona, Nowy Meksyk, Texas i Oklahoma) stoi na czele licznego gangu koniokradów, bydłokradów i złotokradów. Oczywiście, bandziory Sancheza są jedynie bladym cieniem sił O'Donnella, jednak wystarczającymi, by dorobić się złej sławy i szans na stryczek.
Obecnie Sanchez zamelinował się gdzieś w Meksyku. Siedzi cicho trwoniąc skradzione pieniądze i czekając, aż Texas Rangers o nim zapomną. Siły porządku szacują liczebność bandy na około 30 zabijaków.
Sanchezowi brak ineligencji O'Donnella oraz jego bandyckiego stylu. Nadrabia to szaleńcza odwagą i czystym fartem. Jednak postępujące uzależnienie od alkoholu może kiedyś sprawić, że dowództwo bandy wyśliźnie mu się z rąk.

Obecnie Sanchez zamelinował się gdzieś w Meksyku. Siedzi cicho trwoniąc skradzione pieniądze i czekając, aż Texas Rangers o nim zapomną. Siły porządku szacują liczebność bandy na około 30 zabijaków.
Sanchezowi brak ineligencji O'Donnella oraz jego bandyckiego stylu. Nadrabia to szaleńcza odwagą i czystym fartem. Jednak postępujące uzależnienie od alkoholu może kiedyś sprawić, że dowództwo bandy wyśliźnie mu się z rąk.

wtorek, 29 lipca 2008
Złoto południa
Niewielu wie jak wyglądały ostatnie dni bandy O'Donnella. Sprawa jest bardziej skomplikowana niż się wydaje.
Już w marcu 1864 O'Donnell stał się cierniem w tyłku władz stanu Nowy Meksyk. Popełnił kilka błędów - a najważniejszym było pogonienie kota oddziałowi kawalerii CSA. Tej zniewagi nie można było puścić płazem i rozgonienie bandziorów stało na tyle ważne, ze znalazło się dość sił by urządzić bandzie piekło na ziemi. 18 marca z El Paso wyruszył 17 pułk kawalerii pod dowództwem młodego pułkownika Eduarda Cumberdale. Młody zawdzięczał swój stopień rodowym koneksjom, ale miał dość oleju w głowie, by słuchać rad swego adiutanta.
Nieświadomi nadciągającego zagrożenia bandyci łupili co popadnie. Największym trofeum były skrzynie złota wyciągnięte z piwnic jezuickiego klasztoru. Niezwykłe były to monety, nie przypominające żadnej funkcjonującej w obiegu waluty. Rzekomo miała to być część okupu złożonego przez Montezumę Cortezowi. Wykonane ze szczerego złota monety warte były więcej niż wszystkie dotychczasowe łupy bandy razem wzięte.
Gdy na horyzoncie pojawił sie siedemnasty pułk kawalerii, O'Donnell natychmiast zrozumiał, że nadepnął na zbyt wiele odcisków i zarządził odwrót do kryjówki w Kordylierach. Tam mógł się bronić naprawdę długo.
Banda O'Donnella dotarła do kryjówki i broniła górskich przełęczy przez kilka tygodni. Kawalerzyści szybko zrozumieli, że nie ma co się pakować w góry i wystarczy poczekać az bandyci sami do nich zejdą. Po pewnym czasie zaczęło brakować żywności. Ciężko wykarmić ponad stu ludzi. Zwłaszcza, gdy wokół jedynych szlaków, którymi można bezpiecznie zejść z gór obozują kawalerzyści. W tej sytuacji Frank O'Donnell rozkazał bandzie zaskoczyć kawalerzystów, przebić się przez ich pozycje i rozproszyć się po całym stanie. Zaledwie on i paru najbardziej zaufanych miało zostać na straży złota.
I pewnej deszczowej nocy, gdy mrok spowił ziemię, bandyci pod przywództwem Mc Naba (prawej ręki O'Donnella) przedarli sie przez zaskoczony 17 pułk. Zamiast jednak rozproszyć się po terenie całego stanu, ruszyli na południe. McNab chciał przeprowadzić cały oddział do Meksyku, gdzie armia Konfederacji nie mogłaby im zagrozić. Ich pierwszy popas miał miejsce w Las Cruces, gdzie bandyci byli dobrze znani zastraszonej ludności i czuli sie bezpiecznie. Pozajmowali karczmy i domy i rozłożyli sie na nocleg. Znużeni droga posnęli niemal jak jeden mąż. Mieszkańcy dość mieli terroru bandy, ponadto było z nimi kilkunastu żołnierzy tylnej straży 17 pułku - sięgnęli zatem po broń. Zaskoczeni bandyci bronili się zajadle, lecz rozproszeni i zaskoczeni nie mieli szans. Jedynie nieliczni pod wodzą Mc Naba uszli z miasta.
Gdy tylko łuna pożarów w Las Cruces znikała za ich plecami, ziemia zatrzęsła się im pod stopami. Trzęsienie ziemi na chwilę przerwało walki w mieście, a także, jak się później okazało, zasypało górską kryjówkę bandy, na zawsze żywcem grzebiąc Franka O'Donnella i złoto Montezumy. Nawet ci, którzy wiedzieli gdzie jest zamaskowane wejście, już nigdy nie odnaleźli żadnej drogi do wnętrza góry.
Już w marcu 1864 O'Donnell stał się cierniem w tyłku władz stanu Nowy Meksyk. Popełnił kilka błędów - a najważniejszym było pogonienie kota oddziałowi kawalerii CSA. Tej zniewagi nie można było puścić płazem i rozgonienie bandziorów stało na tyle ważne, ze znalazło się dość sił by urządzić bandzie piekło na ziemi. 18 marca z El Paso wyruszył 17 pułk kawalerii pod dowództwem młodego pułkownika Eduarda Cumberdale. Młody zawdzięczał swój stopień rodowym koneksjom, ale miał dość oleju w głowie, by słuchać rad swego adiutanta.
Nieświadomi nadciągającego zagrożenia bandyci łupili co popadnie. Największym trofeum były skrzynie złota wyciągnięte z piwnic jezuickiego klasztoru. Niezwykłe były to monety, nie przypominające żadnej funkcjonującej w obiegu waluty. Rzekomo miała to być część okupu złożonego przez Montezumę Cortezowi. Wykonane ze szczerego złota monety warte były więcej niż wszystkie dotychczasowe łupy bandy razem wzięte.
Gdy na horyzoncie pojawił sie siedemnasty pułk kawalerii, O'Donnell natychmiast zrozumiał, że nadepnął na zbyt wiele odcisków i zarządził odwrót do kryjówki w Kordylierach. Tam mógł się bronić naprawdę długo.
Banda O'Donnella dotarła do kryjówki i broniła górskich przełęczy przez kilka tygodni. Kawalerzyści szybko zrozumieli, że nie ma co się pakować w góry i wystarczy poczekać az bandyci sami do nich zejdą. Po pewnym czasie zaczęło brakować żywności. Ciężko wykarmić ponad stu ludzi. Zwłaszcza, gdy wokół jedynych szlaków, którymi można bezpiecznie zejść z gór obozują kawalerzyści. W tej sytuacji Frank O'Donnell rozkazał bandzie zaskoczyć kawalerzystów, przebić się przez ich pozycje i rozproszyć się po całym stanie. Zaledwie on i paru najbardziej zaufanych miało zostać na straży złota.
I pewnej deszczowej nocy, gdy mrok spowił ziemię, bandyci pod przywództwem Mc Naba (prawej ręki O'Donnella) przedarli sie przez zaskoczony 17 pułk. Zamiast jednak rozproszyć się po terenie całego stanu, ruszyli na południe. McNab chciał przeprowadzić cały oddział do Meksyku, gdzie armia Konfederacji nie mogłaby im zagrozić. Ich pierwszy popas miał miejsce w Las Cruces, gdzie bandyci byli dobrze znani zastraszonej ludności i czuli sie bezpiecznie. Pozajmowali karczmy i domy i rozłożyli sie na nocleg. Znużeni droga posnęli niemal jak jeden mąż. Mieszkańcy dość mieli terroru bandy, ponadto było z nimi kilkunastu żołnierzy tylnej straży 17 pułku - sięgnęli zatem po broń. Zaskoczeni bandyci bronili się zajadle, lecz rozproszeni i zaskoczeni nie mieli szans. Jedynie nieliczni pod wodzą Mc Naba uszli z miasta.
Gdy tylko łuna pożarów w Las Cruces znikała za ich plecami, ziemia zatrzęsła się im pod stopami. Trzęsienie ziemi na chwilę przerwało walki w mieście, a także, jak się później okazało, zasypało górską kryjówkę bandy, na zawsze żywcem grzebiąc Franka O'Donnella i złoto Montezumy. Nawet ci, którzy wiedzieli gdzie jest zamaskowane wejście, już nigdy nie odnaleźli żadnej drogi do wnętrza góry.
A tak wygląda obecnie Mc Nab
Wyjęty spod prawa O'Donnell...
... i jego gang.
Był rok 1863, a wojna secesyjna trwała w najlepsze. Stany Zjednoczone pogrążały się w chaosie - olbrzymi wysiłek państwa, by skierować jak najwięcej chłopaków w szarych lub niebieskich mundurach na front sprawiał, że daleko na tyłach walczących stron zbrodnia kwitła w najlepsze, a obsadzone jedynie szkieletowymi załogami garnizony nie miały dość sił, by ukrócić poczynania coraz liczniejszych bandytów.
Łotrów było wielu. Część działała samotnie, lub z niewielką ilością wspólników. Było jednak kilku takich, którzy zebrali pod swymi skrzydłami prywatne armie i na ich czele siali zamęt i zniszczenie. Jednym z bandyckich królów był Frank O'Donnell. Działający w Nowym Meksyku charyzmatyczny przestępca szybko zebrał wokół siebie silną grupę przeróżnych desperados. Ich ofiarami padały banki, pociągi, farmy, ba - całe miasta musiały płacić okup O'Donnellowi i jego ludziom. Bezskutecznie ścigani przez wątłe siły Konfederatów byli prawdziwymi królami zbrodni. Legenda głosiła, że gang miał swoją siedzibę gdzieś w Kordylierach. Opowiadano historię o sieci jaskiń wypełnionych bronią, zapasami i zrabowanymi pieniędzmi.
Frank O'Donnell był człowiekiem bezwzględnym i okrutnym. Wielu jest takich, ale on ponadto cechował się ogromną charyzmą i inteligencją. Ludzie szli za nim i ze zdumieniem odkrywali, że pod jego wodzą zdolni są do czynów, o których dawniej bali się nawet myśleć. Dbał o swoich żołnierzy - nie z sympatii, ale potrzebował ich siły - nie wahał się wysłać ich do walki, ale unikał
głupiego tracenia ludzi. Wymagał posłuszeństwa i umiał bezlitośnie egzekwować swe rozkazy. Jego podwładni bali się go, ale wiedzieli że jego inteligencja zapewni im góry złota.
W 1864 gang został rozbity. Rezydował w najlepsze w Las Cruces, gdy wkurzeni mieszkańcy i garstka kawalerzystów urządziła nocny pogrom chłopakom O'Donnella. Wielu zgineło, wielu zadyndało, garstka uciekła. Frank O'Donnell nie został nigdy odnaleziony. Nawet po latach, gdy ocaleli członkowie gangu stali się ofiarami amnestii z 1871, nie odnalazł się nikt zdolny wskazać miejsce pobytu O'Donnella. Nie odnaleziono również jego górskiej kryjówki, ani też śladu skarbu.
Ostatni znany wizerunek Franka O'Donnella.

Był rok 1863, a wojna secesyjna trwała w najlepsze. Stany Zjednoczone pogrążały się w chaosie - olbrzymi wysiłek państwa, by skierować jak najwięcej chłopaków w szarych lub niebieskich mundurach na front sprawiał, że daleko na tyłach walczących stron zbrodnia kwitła w najlepsze, a obsadzone jedynie szkieletowymi załogami garnizony nie miały dość sił, by ukrócić poczynania coraz liczniejszych bandytów.
Łotrów było wielu. Część działała samotnie, lub z niewielką ilością wspólników. Było jednak kilku takich, którzy zebrali pod swymi skrzydłami prywatne armie i na ich czele siali zamęt i zniszczenie. Jednym z bandyckich królów był Frank O'Donnell. Działający w Nowym Meksyku charyzmatyczny przestępca szybko zebrał wokół siebie silną grupę przeróżnych desperados. Ich ofiarami padały banki, pociągi, farmy, ba - całe miasta musiały płacić okup O'Donnellowi i jego ludziom. Bezskutecznie ścigani przez wątłe siły Konfederatów byli prawdziwymi królami zbrodni. Legenda głosiła, że gang miał swoją siedzibę gdzieś w Kordylierach. Opowiadano historię o sieci jaskiń wypełnionych bronią, zapasami i zrabowanymi pieniędzmi.
Frank O'Donnell był człowiekiem bezwzględnym i okrutnym. Wielu jest takich, ale on ponadto cechował się ogromną charyzmą i inteligencją. Ludzie szli za nim i ze zdumieniem odkrywali, że pod jego wodzą zdolni są do czynów, o których dawniej bali się nawet myśleć. Dbał o swoich żołnierzy - nie z sympatii, ale potrzebował ich siły - nie wahał się wysłać ich do walki, ale unikał
głupiego tracenia ludzi. Wymagał posłuszeństwa i umiał bezlitośnie egzekwować swe rozkazy. Jego podwładni bali się go, ale wiedzieli że jego inteligencja zapewni im góry złota.
W 1864 gang został rozbity. Rezydował w najlepsze w Las Cruces, gdy wkurzeni mieszkańcy i garstka kawalerzystów urządziła nocny pogrom chłopakom O'Donnella. Wielu zgineło, wielu zadyndało, garstka uciekła. Frank O'Donnell nie został nigdy odnaleziony. Nawet po latach, gdy ocaleli członkowie gangu stali się ofiarami amnestii z 1871, nie odnalazł się nikt zdolny wskazać miejsce pobytu O'Donnella. Nie odnaleziono również jego górskiej kryjówki, ani też śladu skarbu.
Ostatni znany wizerunek Franka O'Donnella.

Subskrybuj:
Posty (Atom)